Nazywam się Antosia Sprycha i urodziłam się 13 lipca 2009. W szpitalu otrzymałam 10 pkt w skali Apgar, i już od chwili przyjścia na świat powoli ujawniałam swój zywy temperament. Moi rodzice, czyli  Karolina I Rafał nie mieli ze mną żadnych większych problemów zdrowotnych,  poza bolesnym ząbkowaniem i kilkakrotnym katarem. Wszyscy z rodziny byli zachwyceni tym,że tak się zdrowo chowam, rosnę, dokazuję i rozbawiam. Niestety w styczniu b.r. coś złego zaczęło się ze mną dziac. Najpierw grypa żołądkowa, po której była chwila wytchnienia. Następnie podwyższona temperatura, którą moja mama skojarzyła z wychodzącym, ostatnim ząbkiem. Po kilku dniach, kiedy syropek przeciwgorączkowy nie dawał skutku, rodzice wezwali do domu panią doktor, która mnie zbadała i powiedziała,że mam troszkę chore uszka. Dostalam pierwszy w życiu antybiotyk i kropelki do uszu. Po kilku dniach poczułam ból w nóżce… i od tego wszystko się zaczyna.
 
Ból nie dawał mi biegać, skakać, bawic się, co uwielbiałam. Po tygodniu mama zabrała mnie do pana  ortopedy, który nic nie stwierdził. Przepisał maść i  to miało pomóc. Niestety tak się nie stało. Kolejny tydzień, kolejna wizyta u lekarza…usg kolanek, i stawów biodrowych nic nie wykazały. Nadal mamusia podawała mi lek przeciwbólowy, bo bez niego nie mogłam nawet spać. W między czasie ból przeniósł się na drugą nóżkę Trzecia wizyta u ortopedy, prześwietlenie nóżek i … nic. Pan doktor powiedział mamie,żeby zabrała mnie do reumatologa, bo to może być zapalenie mięsni lub stawów. Dodatkowo nakazał zrobić morfologię i badanie moczu.
 
Wynik nie był jednoznaczny, poza wysokim OB., bo  ok.170 (!!!). Reszta wyników była znośna. Rodzice po wykonaniu dziesiątek telefonów do prywatnego reumatologa stwierdzili,że nie ma na  co czekać tylko zabierać mnie do szpitala przy ul. Chodźki w Lublinie. I tak tez się stało… W rejestracji tatuś trafił na panią reumatolog, która po krótkiej rozmowie od razu skierowała nas do izby przyjęć. I tak znalazłam się na 7 piętrze DSK w Lublinie. Jedna noc, morfologia, biochemia…i za chwilę usg jamy brzusznej. Mama była ze mną, gdy pan doktor wykrył,że  widzi coś na nerce. Ogromne zaskoczenie, zdziwienie..potem ktg i prześwietlenie klatki piersiowej.
 
Gdy na salę weszła pani reumatolog i poprosiła tatę na rozmowę zrobiło się poważnie. I otrzymałam wstępną diagnozę – NOWOTWÓR NERKI. Mama zapłakana, nie wierzyła w słowa taty…szok, strach,zaduma, pytanie „DLACZEGO,  Z CZYJEJ WINY???” …i zmiana oddziału  na hematologię, onkologię i transplantologię ma poziomie zero!!! I tu zaczyna się okres dalszych badań, diagnozy, która zabrzmiała jak wyrok : NEUROBLASTOMA LEWEGO NADNERCZA  4ST. N-MYC (+) C 47.5. Do tego doszła informacja o tym,że mój szpik został również zaatakowany przez komórki nowotworowe w ok.86%. Pan doktor powiedział,że to najgorszy scenariusz,ale będziemy walczyć. To wszystko działo się tak szybko,że nawet wypadajce w tym czasie święta Wielkanocne zleciały bez większego halo. Śniadanie w Wielką Niedzielę przygotowane przez dziadków odbyło się na sali szpitalnej nr.9 w atmosferze złości,żalu,smutku…Nie miałam siły na zabawy, z mojej buzi zniknął uśmiech, z szalonej dziewczynki stałam się pozbawioną życia leżącą pacjentką szpitala.
Przez ok. 2 tyg leżałam w łóżeczku, dostawałam kroplówki wzmacniające,musiałam mieć zakładane wenflony,żeby panie pielęgniarki miały skąd pobierac krew. To bolało, nieraz musiałam mieć je wymieniane w środku nocy. Moja mama płakała razem ze mną.  
 
13 kwietnia rozpoczęto chemioterapię wg Programu COJEC. Załozono mi na klatce piersiowej taki cewnik ( tu nazywany „motylkiem”), przez który pobierano mi krew, podawano leki. Wciąż byłam pod obserwacją, dostawałam różne leki, miałam zlecone badania(scyntygrafia,dobowa zbiórka moczu, kontrolne morfologie,biochemie). I po otrzymaniu 2 bloków chemii , czyli po 2,5 tyg mogłam wyjść do domu na przepustkę .
Wrócily mi siły,mogłam pobawić się z moim ulubionym kolegą, Andrzejkiem, który mieszka piętro wyżej, więc mam go pod ręką. Spacerowałam z mamą, tatą, odwiedzili mnie dziadkowie, ciocia Kama, wujek Szymi. I tak zleciało 5 dni, po których znów musiałam pojawić się na oddziale. Kolejne 2 bloki chemii nie specjalnie mnie osłabiły, byłam bardzo aktywna na oddziale, zwłaszcza po godz.15 . gdy pani oddziałowa szła do domu, a dzieci mogły wyjść na korytarz pobawić się. Znów chodziłam na zajęcia do pani Moniki, malowałam, wyklejałam, biegałam, krzyczałam, czyli robiłam to co lubie najbardziej. Coraz więcej osób zaczepiało mnie na korytarzu, uśmiechało się, pytało mamę jak ja się czuję, jak się mam. Na co mamusia odpowiadała,że dobrze, co widać.
 
Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu znów usłyszałam,że mogę jechać do domu. Rodzice zgodzili się na to,żebym mogła posiedzieć na dworze, byłam nawet na ulubionym placu zabaw. A w przedostatni dzień byłam na działce u babci Basi i dziadka Irka. Podlewałam kwiaty, kręciłam się na karuzeli, było super! 
 
Po 5 dniach znów wróciłam na sale nr.9. Podano mi 5 blok chemii, wyniki spadły, dostałam krew, i musiałam czekać 5 dni dłużej na otrzymanie kolejnego bloku chemii. Po tym czasie leki zostały mi zaaplikowane,  ja czuła się dobrze, więc znów pozwolono mi na przepustkę. Tym razem rodzice zabrali mnie do nowego domu, gdzie czekała prababcia Kazia i ciocia Wiesia, nowy pokoik i czyste powietrze. Moglam wychodzić na dwór do woli,tata zabierał mnie  na spacery do pałacu, który jest po drugiej stronie ulicy. Uwielbiam tam chodzić. Jest dużo kwiatów, pawie,plac zabaw. Z mamą byłam na rowerku, bawiłam się w piaskownicy,jadłam malinki. 
I tak po krótkim pobycie w domu pojawiłam się na oddziale. Na dworze piekna pogoda, słoneczko świeciło, a ja na sali szpitalnej, podpięta pod kroplówkę z lekami. 7 blok  wlany, znów spadek wyników, znów woreczek z krwią, zastrzyki. I dotrwałam do ostatniej chemii. Nadal miałam siły na bieganie, wygłupy z Natalką, Wiktorkiem, Izunią (moimi przyjaciółmi ze szpitalnego korytarza). 
 
Aż nadszedł dzień moich 3 urodzin.Nie rozpoczął się zbyt miło dla mnie, bo musiałam być po raz kolejny na czczo, bo zaplanowano mi założenie cewników w pachwinach w nóżkach po to,by pobrać komórki macierzyste do przeszczepu( zabieg zbierania komórek nazywa się separacją).  Niedługo po powrocie z bloku operacyjnego zabrano mnie do sali, gdzie dwie panie pielęgniarki podłączyły mnie do takiej maszyny, która zabierała ode mnie krew, oddzielała komórki, i oddawała ja z powrotem. Ja byłam zaspana, pod wpływem narkozy, ale musiałam leżec tam ok.3 godz. Dzielnie to zniosłam- mama mi to wciąż powtarzała. Jak już znalazłam się na Sali , czekała na mnie niespodzianka. Tort ze świeczką, całe łóżeczko w balonach, prezenty. Mama ubrała mnie w sliczną sukienkę, na głowę nałożyła koronę i podała ogromny kawałek tortu od babci Hani. Było spiewane „sto lat”, któro bardzo lubię  Rozpakowałam prezenty, bawiłam się i do końca dnia pomimo zmęczenia byłam uśmiechnięta.
 
Na drugi dzień, wieczorem znów zabrano mnie do sali , w której byłam dzień wcześniej. Po drugą porcję komórek. Mama była ze mną, więc jak tylko poczułam ,że wszystko jest w porządku -usnęłam. I tak spałam, aż do rana. Gdy okazało się, że wyseparowano wystarczającą ilość komórek, można mi było usunąc cewniczki z nóg. Niestety szwy ściągano bez znieczulenia, były jakieś problemy, mama nie dała rady zostać ze mną na sali zabiegowej, rozpłakała się, tata był silniejszy. Bardzo płakałam, chciałam jak najszybciej uciec. Jak znalazłam się z powrotem na swojej sali musiałam  2 godz leżec z nóżkami szeroko ułożonymi , a tata  w miejscu usuniętych cewników trzymał lód. Po tych przeżyciach pozwolono mi wyjść do domu, odpocząć. I zbierać siły na operację. 
 
Na oddział chirurgii trafiłam 23 lipca. Nastepnego dnia trafiłam na salę operacyjną, gdzie spędziłam 4 godz. Gdy z niej wyjeżdżałam czekała na mnie mama i tata.  Pan doktor powiedział,że operacja przebiegła pomyślnie, usunięto mi resztkowego guza wraz z nadnerczem. Jedną noc leżałam na sali intensywnej opieki. Byłam bardzo zmęczona i śpiąca,ale to trochę z winy leków, bo dostawałam morfinę i lek przeciwbólowy. Przez  kilka dni Nie miałam siły na nic. Spałam, na chwilkę się przebudzałam,żeby znów zasnąć. Bolał mnie brzuszek, a dokładniej miejsce zszycia. Nieraz widziałam zapłakane oczy mojej mamusi. Ale nie mogłam jej pocieszyć…byłam zbyt słaba, obolała, nie potrafiłam nawet wydobyć z siebie głosu. Do tego wszystkiego doszedł zapchany cewnik, który trzeba było mi usunąć. I po 9 dniach zostałam wypisana do domu. Gdzie powoli dochodziłam do siebie, nabierałam sił i na nowo uczyłam się być zwariowaną dziewczynką. I tak zleciały dwa tygodnie, które spędziłam na dworze, szalejąc i bawiąc się z rodzicami, ciocią i prababcią. W międzyczasie usunięto mi szwy z brzuszka i po cewniku. Bardzo płakałam, ale ból nie trwał długo. 
 
Nastepnie pobyt dzienny, kontrolny. I powrót na hematologię przygotowujący do autoprzeszczepu. Dwa dni podczas których pokazywano mamie jak to wszystko będzie wyglądać spędziłam na łóżeczku pod namiotem filtrującym powietrze. I tak miałam przesiedzieć miesiąc czasu.  Jednak wszystko się pokomplikowało…Załozono mi cewnik dwuświatłowy, większy, dłuższy, oraz pobrano szpik do badania. I wszystko się posypało…W wyniku wyszło,że mój szpik jest znów zaatakowany przez komórki nowotworowe, co mnie zdyskwalifikowało z wykonania przeszczepu. Rodzice byli bardzo smutni…bo ta informacja znaczyła nawrót choroby  w krótkim czasie . Uznano,że nie nadaje się do zabiegu, i podjęto decyzję o rozpoczęciu dodatkowej chemioterapii.  Kilka kolejnych dni przesiedziałam w domku,ale czułam,że mamusia i tatuś sa zmartwieni.  Zaczęli mi się przyglądać, i mówili,że lewa powieka mi powoli opada. A z czasem lewe oczko zaczęło mi uciekać. 
 
Nadszedł dzień powrotu do szpitala. Kolejne wiadomości tylko pogorszyły nastrój rodziców. Okazało się,że w lewej zatoce nosowej rośnie guz, który naciska na nerwy , stąd te problemy z okiem. Guz się rozlewa do tkanek miękkich i jest niebezpieczny.  Rozpoczęto pierwszy blok chemii. 6 dni wlewów, z czego 4 dni jednego leku, i dwa kolejne po 2 przez cała dobę, bez kroplówek płuczących. Czułam się gorzej, marudziłam, płakałam, nie miałam apetytu, ale mamusia powtarzała,że musze wziąć wszystkie leki,żeby móc wyjść do domku…
 
W chwili obecnej jestem tydzień po tej chemii, wyniki mi spadły, dostałam krew, płytki, codziennie mam 2 antybiotyki po 3-4 razy dziennie, i zastrzyki poprawiające wyniki. Na zmiane siedzą ze mna mamusia i tatuś, mam na Sali bardzo fajnego kolegę Łukasza, z którym się bawię, na tyle na ile mam sił. Zaczęłam jeść, uśmiechać się. Teraz mam jeszcze 2 tygodnie przerwy przed kolejną chemią. Nie wiem kiedy wyjdę do domu, a bardzo bym chciała, bo za oknem ostatnie dni słonecznej pogody. Moje koleżanki i koledzy poszli do przedszkola. Też nie mogę się doczekać kiedy tam pójdę… do dzieci. Mam nadzieję,że będzie mi dana ta szansa. 
 
Naszej Córeczce niestety już pomóc nie można, ale jest jeszcze sporo dzieci, które tej pomocy potrzebują i na nią czekają, bo od tego zależy ich dalsze życie.Pomóżmy im !!!